Polska na niechlubnym ostatnim miejscu. „Nie wystarczy wypisać receptę na lek”
Przewrót kopernikański – tak określają lekarze to, co w ostatnich latach dowiadujemy się o leczeniu otyłości. Dziś już wiadomo, że choroba otyłościowa nie jest spowodowana tylko stylem życia, i że nie wystarczy „mniej jeść i więcej się ruszać”. Otyłość to choroba o podłożu biologicznym, a jej leczenie musi być kompleksowe. Jednak dane epidemiologiczne budzą grozę: mimo coraz większej wiedzy na temat tej choroby, liczba chorych na otyłość w Polsce rośnie – zarówno wśród dzieci, jak dorosłych. W najbliższym czasie możemy się więc spodziewać coraz większej liczby osób z chorobami cywilizacyjnymi, z których wiele jest powikłaniem otyłości: alarmują lekarze.
Katarzyna Pinkosz: Dane epidemiologiczne są alarmujące: już 9 mln dorosłych Polaków choruje na otyłość, a prognozy pokazują, że ta liczba może jeszcze rosnąć. Jak będzie wyglądać nasz system ochrony zdrowia, jeśli to się nie zmieni?
Prof. Lucyna Ostrowska, past prezes Polskiego Towarzystwa Leczenia Otyłości: Ta choroba nadal jest nierozumiana, o czym świadczy niedawna wypowiedź pani minister zdrowia, która publicznie powiedziała, że nie może być refundacji leków w przypadku chorób, które są związane ze złym stylem życia, czyli z nieprawidłową dietą i małą ilością ruchu. Jeśli jest takie podejście, to jak można myśleć o utworzeniu ścieżki pacjenta z chorobą otyłościową, o jego leczeniu w oparciu o NFZ czy Podstawową Opiekę Zdrowotną? To choroba generująca ponad 200 powikłań i jeśli nie będziemy leczyli otyłości, to będziemy leczyć jej powikłania, co jest dużo bardziej kosztowne
Jak obecnie wygląda system leczenia otyłości w Polsce?
Ścieżka pacjenta z otyłością w naszym systemie ochrony zdrowia nadal nie istnieje.
Ostatni raport IPSOS z 4 marca 2026 podaje alarmujące wyniki: na 14 krajów Polska jest na ostatnim miejscu, jeśli chodzi o liczbę konsultacji medycznych dla osób z otyłością. Do lekarzy w celu leczenia otyłości, w ciągu ostatniego roku, zgłosiło się w Polsce zaledwie 14 proc. chorych na otyłość, podczas gdy średnia europejska to 35 proc.
To kwestia wciąż zbyt małej świadomości choroby? Czy braku dostępu do lekarzy, którzy zajmują się leczeniem otyłości?
Świadomość rośnie; raport IPOS pokazuje, że ponad 70 proc. osób chorujących na otyłość, próbowało „coś zrobić” z chorobą otyłościową. W większości przypadków próbowali sami wziąć odpowiedzialność za chorobę – poprzez stosowanie diety i ewentualnie zwiększenie aktywności ruchowej. Ponad 75 proc. osób z otyłością wie, że otyłość to choroba wymagająca stałego leczenia. Jednak za tym nie idzie chęć – albo możliwości – leczenia. Nie ma też świadomości, jak tę chorobę leczyć i do kogo się z nią zgłosić.
Raport pokazał również pracę POZ. Pacjent z chorobą otyłościową nie został ujęty w opiece koordynowanej, ale miał zostać zaopiekowany pośrednio. Jeśli miał otyłość i stan przedcukrzycowy albo cukrzycę, to był kierowany do opieki koordynowanej diabetologicznej; jeżeli miał otyłość i zaburzenia lipidowe, to trafiał do kardiologa. Podobnie: w przypadku zaburzeń nefrologicznych trafiał do nefrologa; z zaburzeniami pulmonologicznymi – do pulmonologa, zaś z zaburzeniami endokrynologicznymi – do endokrynologa. Jest obecnie pięć ścieżek koordynowanych dla chorób, które mogą być powikłaniami otyłości. Taki pacjent miał być kierowany do opieki koordynowanej, która miała przejąć kompleksową opiekę nad pacjentem, również jeśli chodzi o chorobę otyłościową.
Okazuje się jednak, że tak się nie stało. Opieka koordynowana zajęła się tylko „swoją” koordynowaną chorobą, czyli diabetolog – cukrzycą, kardiolog – chorobami serca. Obecnie trwa kontrola NIK opieki koordynowanej, czekamy na jej wyniki.
Nie ma natomiast w ogóle mowy o utworzeniu ścieżki dla pacjenta z chorobą otyłościową, a tym bardziej tą niepowikłaną metabolicznie. Nie wyrażono też zgody na stworzenie umiejętności w zawodzie obesitologa; wciąż to znajduje się w konsultacjach, sami nie wiemy, gdzie ten projekt utknął. Również programu KOS BAR jak na razie nie ma w świadczeniach gwarantowanych, mimo wielu wcześniejszych zapowiedzi.
Rośnie jednak świadomość tego, że otyłość jest chorobą. Czy jednak jest to choroba stylu życia czy choroba współczesności, siedzącej pracy, stresu, łatwej dostępności do żywności, często wysokoprzetworzonej?
Otyłość to choroba biologiczna, wynikająca z predyspozycji genetycznych i zaburzeń różnych mechanizmów homeostazy energetycznej. Są różne czynniki, które mogą mieć wpływ na homeostazę – zwiększony dowóz energii lub jej zmniejszone wydatkowanie. Jednym z czynników, który może zaburzać dowóz energii do organizmu, jest czynnik środowiskowy i/lub psychologiczny, endokrynologiczny czy jatrogenny (np. leki stosowane z powodu leczenia innej choroby, stymulujące ośrodek głodu) – wówczas może występować nadmierne spożywanie posiłków. Ale to tylko jeden z czynników, których jest dużo więcej – to np. niedostateczna ilość snu, przewlekły stres, depresja, lęki czy zaburzenia odżywiania wywołane rozregulowaniem ośrodkowego układu nerwowego, ale także prawdopodobnie zaburzeniami przekaźnictwa neuronalnego. Choroba otyłościowa nie jest więc spowodowana wyłącznie czynnikami środowiskowymi, choć na pewno mają one na nią wpływ, jak np. niechęć do podejmowania jakiejkolwiek aktywności fizycznej pozazawodowej.
Wpływ na rozwój otyłości może też mieć niedostateczne wydatkowanie energii, np. zaburzenia metaboliczne, zaburzona termogeneza (np. spowodowana niedoczynnością tarczycy). Jeśli te mechanizmy ulegną zaburzeniu, to nie są one zależne od woli pacjenta, ani też od tego, czy pójdzie na spacer czy nie, bo te procesy zależą od zaburzeń toczących się w jego ustroju.
Zdarza się, że pacjent z chorobą otyłościową może jeść tyle samo, ile jego rówieśnik, który nie ma w danym momencie takich zaburzeń. Jeden z nich jednak metabolizuje posiłek szybciej, a inny – będzie magazynował energię.
Wciąż ta choroba jest nierozumiana. Utrwaliło się jednak, że to kwestia stylu życia, stąd pogląd, że „wystarczy jeść mniej i więcej się ruszać”?
Tak, ponieważ zawsze uważano, że osoby z otyłością dużo jedzą i nie chcą się ruszać. Dlatego też wyciągano mylne wnioski, że jak będą mniej jadły i zaczną się ruszać, to wszystko będzie w porządku. Nie będzie w porządku, a jeśli nawet, to nie na długo i choroba powróci.
Jeśli przemiany metaboliczne są zaburzone, albo doszło do zaburzeń hormonalnych, czy do nadmiernego wydzielania np. greliny, to nawet gdyby ktoś mocno się „zawziął”, będzie stale odczuwał głód, bo taki sygnał popłynie u niego do mózgu. Grelina jest fizjologicznie wydzielana, żeby się nie zagłodzić. Jednak poposiłkowe stężenie tego hormonu ulega obniżeniu u osoby zdrowej (co daje obniżenie sygnalizacji „idź i jedz”, ale rośnie lub utrzymuje się na stałym poziomie po posiłku u osoby chorej na otyłość. Jeśli pacjent cały czas odczuwa głód, to przez pewien czas jest w stanie zmusić się do tego, żeby nie jeść lub jeść mniej, ale i tak będzie myślał o jedzeniu i w końcu po nie sięgnie, często w nadmiernych ilościach.
Oznacza to, że farmakoterapia dla większości osób będzie czymś niezbędnym, bo pomoże wyregulować te zaburzone mechanizmy?
Myślę, że im więcej zaburzeń sygnalizacji w ośrodku głodu/sytości, czy w ośrodku nagrody w ośrodkowym układzie nerwowym lub zaburzeń metabolicznych, tym farmakoterapia jest bardziej niezbędna, i to często nawet do końca życia. Np. w przypadku otyłości powikłanej cukrzycą, wcześniej źle kontrolowaną na lekach hipoglikemizujących, dodawanie kolejnych leków przeciwcukrzycowych niewiele by dało, ponieważ rozwinęło się już wiele zaburzeń.
Dodanie leku, który będzie redukował masę ciała, poprawi funkcjonowanie przynajmniej części zaburzonych mechanizmów – np. wydzielanie insuliny, gospodarkę glukozą czy homeostazę lipidową. Semaglutyd w dużych dawkach: 2,4 i 7,2 mg oraz tirzepatyd w dawce 10 i 15 mg wprowadzają ok. 50-60 proc. pacjentów z cukrzycą typu 2 w remisję. To dowód, że są to leki silnie wpływające na metabolizm, na zaburzenie wydzielania insuliny, insulinooporność, toczące się w organizmie procesy zapalne wynikające z dysfunkcji adipocytów tkanki tłuszczowej. Poprawiają więc metabolizm i zaburzone mechanizmy homeostazy energetycznej.
Wracając do epidemiologii – dlaczego otyłość częściej dotyczy mieszkańców małych miast, wsi niż dużych miast? To kwestia diety, poziomu wykształcenia, stylu życia, czy dostępu do lekarza?
W ostatnich latach bardzo zmienił się styl życia na wsi: zdecydowanie mniej jest pracy fizycznej niż kiedyś, spożywa się coraz więcej żywności wysoko przetworzonej. Świadomość, że otyłość to choroba, jest mniejsza na wsi niż w mieście. W mieście trudno jest stworzyć kompleksową opiekę nad pacjentem z chorobą otyłościową, ale jeszcze trudniej to zrobić na wsiach, gdzie dostęp do dietetyka, psychologa, fizjoterapeuty jest mocno ograniczony.
Co należałoby zmienić, żeby leczenie otyłości w Polsce było skuteczniejsze?
Przede wszystkim ważna jest świadomość, że jest to choroba generująca ogromne koszty, jeśli chodzi o leczenie powikłań, o liczbę absencji chorobowych. Nie można mówić jednak, że jest to choroba wynikająca tylko ze stylu życia, bo oznaczałoby to przerzucenie odpowiedzialności na pacjenta. To choroba trudna do leczenia, z ogromną nawrotowością. Wymaga długich i częstych wizyt kontrolnych co 1-2 miesiące, żeby pacjenta kompleksowo leczyć.
Obecnie obserwujemy, że sporo lekarzy – zarówno lekarzy rodzinnych, jak specjalistów – wypisuje recepty dla chorych na otyłość. Jednak zwracam uwagę, że leczenie nie polega tylko na wypisywaniu recept.
U części pacjentów, którzy przez ostatni rok stosowali leki wspomagające leczenie otyłości (a zwłaszcza w dużych dawkach lub z szybką eskalacją dawki), wystąpiła kolejna choroba, jaką jest sarkopenia (ubytek masy i siły mięśniowej). Pacjent, który przyjmuje silne leki metabolizujące, musi być pod stałą kontrolą lekarza i zespołu terapeutycznego. Pomimo, że zwykle ma przywróconą sygnalizację w ośrodku głodu i sytości, ale często osiąga tak dużą sytość, że coraz mniej je, bo nie odczuwa głodu. Jeśli je mniej, to spożywa najczęściej zbyt mało białka, a to powoduje, że pojawia się sarkopenia. Pacjenci słabną, odczuwają stale zmęczenie.
Obecnie edukacja lekarzy oznacza też nauczenie jakości leczenia, a jakość leczenia – poza właściwą diagnostyką choroby, diagnozą przyczynową i objawową, wypisaniem recepty – polega na poinstruowaniu pacjenta, jak powinien prawidłowo ułożyć swoją dietę i sukcesywnie rozszerzać swoją aktywność ruchową oporową i aerobową. Nie może to być też dieta z bardzo dużą ilością białka, bo trzeba uważać na pracę nerek i wątrobę. Jeśli pacjent mało je, to pojawiają się też inne objawy: wypadanie włosów, problemy ze skórą, zębami, kamicą żółciową i inne... Jeśli nie je mięsa, to zaczyna mieć niedokrwistość z niedoboru żelaza. Lekarz często wypisuje preparaty żelaza, zamiast skorygować sposób żywienia. Nie da się nie jeść i dostarczyć codziennie 60 pierwiastków, których człowiek potrzebuje.
Wszystko to pokazuje, że bez organizacji systemu opieki nie jest możliwe leczenie. Samo wypisanie recepty na lek to za mało?
Samo wypisane recepty to jest krok podjęty tylko w celu „odchudzenia chorego”, a nie jego kompleksowe leczenie. Lek z pewnością spowoduje osłabienie apetytu, pacjent przestaje być głodny, je mniej (także białka, witamin, składników mineralnych). Bywa tak, że po takim „odchudzaniu” na 10 kg utraconej masy ciała traci 6 kg masy mięśniowej, a tylko 4 kg masy tłuszczowej. Leczenie otyłości wymaga leczenia jej przyczyny i ewentualnych powikłań, a nie ściganie się na ilość utraconych na wadze kilogramów – dlatego musi to być leczenie kompleksowe. Byłoby idealnie, żeby było oparte o pracę wielospecjalistycznego zespołu terapeutycznego.